Aga Gutowska-Woźniak

Rajdy? A co to takiego….? O rajdach długodystansowych usłyszałam ładnych parę lat temu. Tak całkiem przez przypadek mój kolega bąknął gdzieś przy codziennej pielęgnacji stajni, w której ówcześnie pracowałam , że jest taka dziewczyna zresztą jego szefowa i ona tam gdzieś lata po lasach z koniem, robiąc jakieś ogromnie długie trasy. W tamtym czasie miała jechać na „jakieś zawody na 100 km” To mnie trochę zdziwiło, ale i bardzo zainteresowało. Zaczęłam szukać informacji o tych „rajdach”. Potem poznałam tą dziewczynę a ona zaprosiła mnie do swojej stajni. Były tam różne konie w większości takie całkiem spore. Pokazujące się w konkursach skokowych. Nawet z jednym się całkiem zaprzyjaźniałam. A na końcu stajni, w ostatnim boksie stał ten jej mały biały. Ten co tak długo umie biec. No fakt, oko miał bystre ale nawet go z boksu nie było widać. Byłam parę razy wspólnie z tą dziewczyną na przejażdżce w terenie, ale miałam wrażenie, że ona na tym małym białym koniku-arabku, to wyglądała jakby jechała obok postawnego wielkopolaka, jak na psie. Jakoś w pierwszej chwili nie zafascynował mnie ten widok. Ale z biegiem czasu, jak się trochę bardziej poznałyśmy i sobie zaufałyśmy, to ta dziewczyna zaproponowała mi czy nie chcę się przejechać na tym małym białym koniku? No po chwili, stwierdziłam- a co mi tam. No i tak już zostałam na tym arabskim grzbiecie do dziś. Faktycznie przesiadłam się z koni skokowych na małego konika i jak to kiedyś wspólnie określiłyśmy, że to takie uczucie jakby zmienić ” malucha na porsche”. To trochę takie mechaniczne określenie, ale psychicznie to chyba można to określić jednym słowem : wolność we wszystkich aspektach znaczenia tego słowa. Od tamtego czasu jeździłam na kilku arabskich rumakach. Jeden był kary, drugi siwy i nawet trafiła się skarogniada klaczka. Koniki były z różnym temperamentem, ale praca z nimi dawała mi wielką satysfakcję i odkrywanie ich umiejętności sprawiało mi wielką frajdę. Zaliczyłam kilka wyjazdów na zawody. Zawsze wszystkie kończyły się wielkim sukcesem, niezależnie od zajętego miejsca, bowiem zawsze zakładałam cel do pokonania. Jakieś wyznaczone bariery dla siebie do pokonania i konia, z którym akurat pracowałam. Jednak zawsze to były konie kogoś innego…. z prozaicznych względów kiedyś nie miałam szans na swojego konia. Na szczęcie 3 lata temu spełniły się moje marzenia i przywiozłam pierwszego, siwego swojego…… Potem, po roku dojechał drugi gniady……. I obecnie tworzą zgrany duet dwóch łobuzów. Czasem są obrażeni, czasem jakby słyszały samochód i stoją już pod padokiem jakby mnie wyglądały. Czasem kłócą się o marchewkę, ale jeden jest za drugim. Jak jeden wyjeżdża na zawody to drugi daje mu kopniaka na szczęście i już czeka na powrót przyjaciela…Zresztą najbardziej im pasuje jak mogą jechać we dwóch. Kocham tych moich bezwarunkowych końskich przyjaciół. Ps. A tą dziewczyną była Beata S.

GUNIA